Post postemefkowy.

Wróciłem. Cały i zdrowy. Zmęczony do tego stopnia, że poniedziałek spędziłem w półśnie. Zacznę jednak od początku, bo to nie crossover Marvela/DC. Ordnung musi być.

Przygotowania rozwaliły mi wrześniowy harmonogram, ale to przed festiwalem w Łodzi norma. Zdecydowaliśmy się na wspólne stoisko: Kowalczuk, Słowobraz i Doom Pipe. Największe z dotychczasowych (aż 3 na 2 metry!). Ja i organizatorzy eMeFKi uznajemy różne definicje słów “zamieszanie” oraz “już”. Nie podobał mi się podział na strefę targową oraz strefę kolekcjonerską, który jest niepotrzebnym spadkiem po poprzednich edycjach. W strefie targowej są stoiska antykwaryczne, w strefie kolekcjonerskiej większość stoisk zajmują autorzy i małe wydawnictwa. “Nic nie jest wymieszane, proszę sprawdzić stronę i nie wprowadzać zamieszania” – takie było stanowisko organizatora części handlowej. Anonsowanie oddzielnie dwóch stref wprowadziło zamieszanie i wrażenie, że wystawcy “stolikowi” należą do drugiej kategorii. Odporność na krytykę przed imprezą składam na karb napiętych terminów i nerwów, które towarzyszą przygotowaniom. Na terenie Expo dostaliśmy wszelką pomoc i kilka tematów było załatwione od ręki – to zdecydowanie na plus. Używanie słowa “już” w przypadku ogłaszania szczegółów programu na tydzień przed największym festiwalem komiksowym w kraju można było sobie odpuścić. To jednak szczegół. Pamiętajmy, że koordynacja takiego przedsięwzięcia to nie lada wyczyn i zaangażowani są nie tylko organizatorzy, ale również uczestnicy, więc opóźnienia wynikają również z winy zaproszonych.

Do przemyślenia na przyszłość: strefa targowa bez podziału (przynajmniej na mapach i listach publikowanych przed imprezą), mniej punktów programu (ten był w tym roku ponoć okrojony – ja nie odniosłem takiego wrażenia).

Wyruszyliśmy o 7 rano z Rumi. Pierwszy raz jechałem na eMeFKę autem (pozdrawiam towarzyszy podróży: Henryka i Lenę). Luksus. Tuż przy bramkach wyjazdowych z autostrady padło sprzęgło. No i się zaczęło. Laweta odwiezie nas razem z autem do Łodzi. Nie. Będzie auto zastępcze i laweta do Łodzi. Nie. Nie będzie auta zastępczego. Nie. Będzie auto zastępcze i laweta do Gdańska. Nie… Skończyło się lawetą do Wejherowa i autem zastępczym podstawionym na opłotkach Torunia. Na miejscu byliśmy o godzinie 18. Zostawiliśmy graty na Expo i poszliśmy naładować baterie.

W sobotę przygotowaliśmy stoisko i zaczął się wir. Z perspektywy wystawcy (a przynajmniej naszego, dobrze usytuowanego boksu) było bardzo dobrze. Przewijały się tłumy ludzi i trudno było znaleźć moment na papierosa (może to dobrze, że palę, bo w ogóle bym nigdzie nie poszedł). I tak do godziny 17, kiedy się nieco uspokoiło. Nie odczułem duchoty, ale narzekali na nią zwiedzający. Również na wąskie przejścia między boksami. To na pewno rzeczy, które można poprawić. Może scena autografowa mogłaby być mniejsza? Wiecie, tak ciutkę? Dla mnie ten element imprezy jest mało istotny (podobnie dla większości autorów ze stoiskami), ale doceniam pomysł z ekranami pokazującymi rysowanie. Świetnie to wyglądało!

Jako wystawcy na pewno moglibyśmy poprawić ekspozycję, zróżnicować wygląd stoisk. Jednak trudno wymyślić cuda mając do dyspozycji nawet duży boks, bo najważniejszy jest towar (a jak jest się między innymi boksami, to odpada nawet roll-up). Po kilku latach w Atlas Arenie wiedziałem z grubsza, gdzie kto będzie urzędował. W Expo się gubiłem, bo większość komiksowych boksów wygląda z daleka tak samo. Kolejny temat do przemózgowania.

Ilość starych i nowych czytelników, która przewinęła się przez stoisko jest nie do policzenia. Utarg był dobry (pozwólcie, że nie będę się wdawał w szczegóły), ale poza tym nasz kram miał charakter informacyjny: opowiadaliśmy ludziom o Comic Conie, Małym Nemo oraz Innsmouth Copie.

Miałem w planie trzy punkty programu. Kolejny plus nowej miejscówki: wszystko w jednym budynku – targi, panele/spotkania, jedzenie/picie (“normalna” restauracja zrobiła robotę, napoje serwowane obok strefy planszówek były tanie i dobre). Na seansie Prison Pit miałem prawie pełną salę! Chciałbym przeprosić za to, że nie było napisów. Dopiero w trakcie seansu uświadomiłem sobie jak niewyraźnie mówią (a raczej harczą i bulgoczą) postaci. Ja ten film widziałem -naście razy, tłumaczyłem komiks itd., ale zrozumienie dialogów było dla was problemem. Jeśli będzie następna okazja to na pewno będą napisy. A może lektor? A może lektor na żywo? Poranny niedzielny panel na temat moich planów na najbliższy rok to również bardzo dobra frekwencja. Schlebia mi to i dopinguje. Jeszcze dziś opublikuję owe plany tu, na stronie. Trzeci punkt programu – spotkanie z ekipą Doom Pipe – też dobra frekwencja i dwa małe zgrzyty. Pierwszy. Spotkanie poprzedziły warsztaty, na które prowadząca miała godzinę. Myślałem, że już się tak tego nie rozpisuje w programie, bo nie sposób czegokolwiek nauczyć w takim czasie (chyba, że uczestnikami są maluszki, ale tu byli to dorośli i młodzież). Daliśmy radę, sala szybko została zwolniona. Drugi zgrzyt. Musiałem zwrócić komuś uwagę na to, że przeszkadza w trakcie spotkania (nigdy wcześniej się to nie zdarzyło). A przeszkadzali… wolontariusze. Siedzący tuż obok odpytywanych gości, zwróceni do nas plecami, zajęci czymś, co mogli robić na zewnątrz. Apel do organizatorów imprez wszelakich – mniej WOLONTARIUSZY, więcej ogarniętych młodych PRACOWNIKÓW (takich osób jak te, które pomogły mi przy innych punktach programu). Za często zdarza się scena typu: podchodzę do wolontariuszy, zadają proste pytanie (np. gdzie jest biuro festiwalowe) i odpowiedź zna jedna na pięć osób. Zatrudnijcie tę jedną, reszta niech wpadnie na festiwal i dobrze się bawi. Po co marnować czas młodych ludzi i nasz?

Sobotni wieczór spędziłem na rysowaniu. Brom został albumem roku, zgodnie z moimi przewidywaniami. To nie tylko efekt pracy Unki, ale całego Wydawnictwa 23, bo od czasu Totalnie nie nostalgii żaden komiks nie wyłaził tak z lodówki jak Brom. Dobrze, tak ma być. Wszystkim nagrodzonym serdecznie gratuluję. Również wydawnictwu KBOOM, które nie zostało nagrodzone, ale dla mnie pozostaje wydawcą roku. Niedziela była luźniejsza. Było więcej czasu, żeby pogadać, poknuć, pośmiać się (tak, zdarza mi się) zrobić zakupy i wymiany. Znowu dostałem sporo prezentów, bardzo za nie dziękuję. Trafiły się nawet słoiki z jakimiś pysznymi sosami. Nadal nie wiem od kogo. Najbardziej cieszy plakat od Maćka Pałki, który rozpakowałem dopiero w pracowni (nie wiedziałem co zostało zapakowane w blanta-giganta).

Moje rysunki znalazły się w kilku nowościach (Tajfun: Nowe Przygody, Noc w Zonie oraz Pojedynek na Szosie). Do tego trochę blanków. Rewelacyjny jaszczowy W Hołdzie, drugi tom Kane’a (świetna, niedoceniona seria kryminalna)… Dużo, dużo dobrego, choć nie są to jakieś turbo-zakupy.

Łupy, ale nie wszystkie. Na zdjęcie nie załapało się kilka prezentów.

Pomimo potknięć to była jedna z najlepszych edycji łódzkiego festiwalu. Komiksy nadal są tu najważniejsze, nie przyćmione przez “gwiazdy” ekranu i gry video. Nie mogę się doczekać powrotu do Łodzi na przełomie listopada i grudnia. Wtedy na spokojnie obczaję sobie wystawę DC, o której słyszałem sporo dobrego. Uściski dla wszystkich przyjaciół i znajomych – było super was spotkać i zamienić chociaż kilka zdań. Specjalne, podwójne uściski dla załogi stoisk nr 27: Kasi i Daniela, Henia i Tomka, Krzyśka Haina, Zavki i Slaviiik, dla współlokatorów z Cynamonu oraz dla Jelona.

Widzimy się za rok, ale zanim to nastąpi spotkamy się na: Giełdzie 80/90 w Gdańsku, Niech Żyje Komiks i Ilustracja w Warszawie, Złotych Kurczakach we Wrocławiu, Rumia Comic Con wiecie gdzie, SzlamFeście w Gdańsku i jeszcze kilku innych imprez małych i dużych. Stare ludowe porzekadło mówi: nie jeździsz, nie ćwiczysz to się nie liczysz. A więc do zobaczenia u was w mieście. Sezon festiwalowy nigdy się nie kończy.